KSIĄŻKA – NOWA AMERIKA

Pobierz całą publikację w PDF

Po 22 latach książka, o Słubfurcie, Nowej Ameriki, białej strefie, Loch Netz, o ideach i strategiach, które za tym stoją.

Przede wszystkim chciałbym podziękować Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu i jej dyrektorowi Markowi Wasilewskiemu. Jako partnerzy umożliwili wydanie książki i wspierali mnie. Dziękuję też wszystkim, którzy towarzyszyli mi radą i czynem podczas powstawania tej książki, w tym: Uta Kurzwelly, Jonatan Kurzwelly, Volkmar Köhler, Uwe Jung, Tomasz Stefański

Nowa Amerika, Nowy Świat – cóż za wspaniała obietnica! Zwabiła miliony ludzi z całego świata do rzekomego raju nieskończonych możliwości, okupionego również wyzyskiem niewolników i zbrodniami na rdzennej ludności – rzeczywistością i drugą stroną „szczęścia” obiecanego nowym obywatelom w Konstytucji USA. Wątpliwego szczęścia! Nasza Nowa Amerika roztacza przed nami perspektywę innego świata, innego szczęścia. W dramatycznej zmianie czasów wszystko się ze wszystkim łączy, nie tylko magiczna nazwa Nowa Amerika z Nowym Światem. Nasza nowa ziemia ma swój początek w środowisku regionalnym, a w swoich intencjach, pragnieniach i celach diametralnie różni się od swojego światowego brata. Jak do tego doszło?

 

Wszystko zaczęło się od najnowszych narodzin wspólnoty transgranicznej pomiędzy Polską i Niemcami, Słubicami i Frankfurtem nad Odrą: w 1999 roku powstało miasto Słubfurt – pierwszy etap na drodze do niezwykłej republiki, którą dekadę później ochrzczono mianem Nowej Ameriki – na pamiątkę pruskiego zagarnięcia ziem w Przełomie Warty w XVIII wieku. Jak każdy szanujący się kraj, również nasz opiera się na konstytucji, która określa tożsamość, wartości oraz prawa i obowiązki swoich obywateli. W pierwszych paragrafach jej pierwszego projektu czytamy: Nowa Amerika jest dziełem sztuki, konstrukcją rzeczywistości, która definiuje terytorium polsko-niemieckiego pogranicza jako wspólną przestrzeń. Oho, tu od razu jesteśmy kilkakrotnie zaskakiwani i wywoływani – kraj, który ma być dziełem sztuki, skonstruowanym w dodatku po to, by stać się realnym? A granica, czy ona już nie ma żadnego znaczenia? Wszystko to stanowi przeszkodę dla każdego doświadczonego Kowalskiego, którego świat opiera się na filarach trwałości, użyteczności i bezpieczeństwa, a w którego otoczeniu sztuka, przynajmniej z reguły, nie odgrywa żadnej roli.

Musi być więc mowa o sztuce. O sztuce, która z biegiem czasu zawsze się zmieniała. W kolejną, niepowstrzymaną ścieżkę jej historii wpisuje się Nowa Amerika. Aby to zrozumieć, musimy trochę poszperać w historii. Służba bogom, wiara w wyższe lub nadprzyrodzone moce, w ich wpływ na nas, ludzi, za pośrednictwem szamanów i świętych mężów, była jedną z najwcześniejszych linii życia naszych przodków w Egipcie, Grecji i Imperium Rzymskiego, ich impulsem do oddawania im hołdu w obrazach i posągach, w piramidach i świątyniach. Ogromne dziedzictwo, trwale wzbogacane przez styl romański i gotycki, którym to zawdzięczamy pojęcie i status tego, co nazywamy sztuką. Dziedzictwo, które nauczyło nas poznawać i cieszyć się pięknem. Jeden bóg wkrótce zastąpił bogów, stając się wzorem dla nowoczesnych i pewnych siebie ludzi renesansu – nie wahano się stawiać siebie jako obrazu Boga obok Stwórcy, swobodnie i samodzielnie określając miarę wszystkich rzeczy. Wraz z homo deus narodził się artysta, który zastąpił średniowiecznego rzemieślnika, bożego rzemieślnika katedr i zajął jego miejsce. Historia jego emancypacji potoczyła się swoim torem. Minęło jednak wiele lat, zanim Friedrich Nietzsche, filozof, poeta i syn sługi bożego, odważył się powiedzieć: Bóg nie żyje.

 

Wierny przyjaciel i towarzysz rozwoju Nowej Ameriki od samego początku, zadedykowałem mu kiedyś wykład pod hasłem „Sztuka ratuje świat!”. Śmiała teza, która zakłada, że między sztuką a światem istnieje ścisły, wręcz egzystencjalny związek. Chodzi o naszą planetę. To, że nie jest w dobrym stanie, to truizm. Z drugiej strony pragnienie jej ocalenia – ocalenia od krzywdzicieli i niszczycieli, działających z zaślepienia lub dla własnego interesu – było i jest odwiecznym, nigdy nie zrealizowanym marzeniem w pierwszej kolejności artystów, myślicieli i poetów. Czy sztuka może tu interweniować, by ocalić? Czy kiedykolwiek tak się stało? Odpowiedzi na te pytania udziela historia kultury, która – jak to być powinno – traktuje sztukę i społeczeństwo jako bliskich krewnych. Pozwólmy sobie na śmiały skok: co ze sztuką i społeczeństwem w drugiej połowie XIX wieku, czyli za czasów Nietzschego, które pod wieloma względami odpowiadają naszym czasom w sensie kulturowym, politycznym i społecznym? Społeczeństwo podzielone między demokratów i autokratów – i nie rozwiązany po dziś dzień konflikt; epoka europejskiej nowoczesności naznaczona szybkim rozwojem przemysłu i nauki; świat homo europaeus, dla którego wiara chrześcijańska jes tco najwyżej niedzielną rutyną. Świat wysoce materialistyczny, którego ambicją była jeszcze bogatsza i zamożniejsza przyszłość.

Jego gust estetyczny był jednak na wskroś zacofany. We Florencji XVI wieku, na scenie pojawił się triumwirat artystów: Michał Anioł, Leonardo da Vinci i Rafael. Odtąd oniemiała Europa pozostawała pod urokiem tej dobrze skalkulowanej propaganda fide, przemiany mistrzów w półbogów, których geniusz miał mierzyć się z samym Stwórcą. Ich sztuka lśniła rangą istnej religii – czyż zjawisko to nie istniało już dawno, dawno temu? Sztuka staje się kultem, a nawet więcej: sztuka tworzy świat. Wielcy mistrzowie włoscy, a wkrótce także niderlandzcy,

 

nadają tempo artystycznemu naturalizmowi uznanemu za dogmat. Świat ma być niczym podziwiana sztuka, obraz i podobieństwo stworzonego i opanowanego przez człowieka świata doczesnego, witalnego i pełnego blasku, nie tylko tu i teraz kwitnącego przemysłu. Ta postulowana już przez Kanta estetyka tego, co piękne i wzniosłe, odpowiada quasi-kapłańskiej, szczególnej roli artysty jako geniusza. Nie mniejszy jest też gwałtowny zalew posągów i popiersi ulubieńców muz na placach, w parkach i mieszczańskich salonach juste milieu i la belle époque.